Tak oto demon Hiranyaksa i Pan, Osoba Boga, toczyli bój ogromnymi maczugami, obaj rozwścieczeni i obaj pragnący zwycięstwa. Zacięty bój potęgował się między tymi dwoma wojownikami. Od ostrych maczug mieli krwawe rany na ciałach, a woń krwi jeszcze wzmagała ich wściekłość. Uciekali się do różnych podstępów, gdyż każdy pragnął zwycięstwa. A walka ich przypominała pojedynek potężnych byków o krowę.
Brahma, pierwszy pomiędzy niezależnymi półbogami wszechświata, otoczony swą świtą, przyszedł zobaczyć straszliwy bój toczący się o świat między demonem a Osobą Boga, który pojawił się w formie dzika. Gdy Brahma; pierwszy pomiędzy tysiącami mędrców i transcendentalistów, przybył na miejsce walki, ujrzał demona, który osiągnął tak niesłychaną moc, że nie miał godnego siebie przeciwnika.
Brahma powiedział: O mój drogi, nieomylny Panie, proszę zabij tego demona, zanim nadejdzie demoniczna godzina i zaoferuje mu następną straszliwą, lecz korzystną dla niego szansę. Ty bez wątpienia możesz go zabić Swą wewnętrzną mocą. Mój Panie, zmrok nadchodzi szybkimi krokami i wkrótce okryje cały świat. Ty jesteś Duszą wszystkich dusz, a więc zabij go łaskawie i zwycięż w imieniu półbogów. Przemija już trwający od południa pomyślny czas zwany abhijit, który najbardziej sprzyja zwycięstwu. Zatem rozpraw się szybko z tym straszliwym demonem Zrób to dla Swoich przyjaciół. Na szczęście demon ów z własnej woli pojawił się przed Tobą, aby spotkać swą śmierć. Ukaż zatem Swoje męstwo, zabij go w pojedynku i obdarz światy pokojem.
Gdy Brahma, stwórca, wypowiedział słodkie jak nektar, pozbawione wszelkich grzesznych zamiarów słowa, Pan roześmiał się serdecznie i przyjął jego modlitwy, spoglądając na niego z miłością. Pan. który narodził się z nozdrzy Brahmy, zamierzył się Swą maczugą, celując nią w podbródek demona Hiranyaksy, który kroczył przed Nim godnie i bez strachu.
Jednakże maczuga Pana, uderzona maczugą demona, wysunęła się Panu z rąk i wyglądała cudownie, gdy upadła wirując. Było to niezwykłe, jako że maczuga błyszczała wspaniale. Demon miał nadzwyczajną sposobność, by bez żadnej przeszkody uderzyć nieuzbrojonego przeciwnika, lecz uszanował prawa rządzące walką, rozniecając tym furię Najwyższego Pana. Gdy maczuga Pana upadła na pole walki, a wśród tłumnie zebranych bogów i risich rozległ się płacz pełen trwogi. Osoba Boga przywołał Swój dysk, Sudarśana, wyrażając tym uznanie demonowi, który miłował prawość. Dysk krążył w ryku Pana, gdy walczył z pierwszym pomiędzy strażnikami Vaikunthy, który narodził się jako Hiranyaksa, niegodziwy syn Diti. A ze wszystkich stron dały się słyszeć osobliwe głosy tych, którzy przyglądali się walce ze swych samolotów. Nie wiedzieli, kim rzeczywiście jest Pan, i wołali: "Oby zwycięstwo było po Twojej stronie! Błagamy, zgładź go: Nie igraj z nim więcej." Gdy demon ujrzał Osobę Boga uzbrojonego w dysk Sudarśana i stojącego przed nim z oczami jak płatki kwiatu lotosu, jego zmysły zapłonęły oburzeniem. Zasyczał niczym wąż i - wielce urażony – zagryzł swe wargi.
emon o przerażających kłach utkwił swój wzrok w Osobie Boga, jakby chciał Go zamienić w popiół. Podskakując i mierząc swą maczugą w Pana, wykrzyknął "Już jesteś martwy!" Gdy wróg spoglądał na Niego, Pan w Swojej formie dzika, dla którego przyjemności spełniane są wszelkie ofiary, lewą stopą figlarnie wytrącił maczugę demonowi, choć ta spadła na Niego z siłą nawałnicy.
Pan rzekł wówczas: "Podnieś swą broń i spróbuj ponownie, jeśli tak bardzo pragniesz Mnie pokonać". I demon, sprowokowany tymi słowami, wymierzył w Pana swą maczugą i jeszcze raz głośno zaryczał. Pan ujrzał szybującą w Jego kierunku maczugę, lecz nie odsunął się, tylko złapał, ją bez trudu, tak jak król ptaków Garuda pojmałby węża. W taki oto sposób świetność wielkiego demona została zniweczona. Czuł się upokorzony i zawstydzony i nie chciał podjąć maczugi, gdy Osoba Boga mu ją ofiarował. Wzuł teraz trójząb drapieżny jak potężny ogień i - dokładnie tak, jak ktoś podjąłby pokutę w celu wyrządzenia krzywdy świętemu braminowi – cisnął nim w Pana, odbiorcę wszystkich ofiar.
Potężny demon z całej siły cisnął trójzębem, który błyszczał na niebie, gdy frunął. A jednak Osoba Boga rozerwał go na kawałki ostrym brzegiem Swego dysku Sudarśana, niczym Indra, który odciął skrzydło Garudzie.
Gdy Osoba Boga pociął na kawałki trójząb demona, ów zapłonął wściekłością. Zatem zbliżył się do Pana i, głośno rycząc, swą twardą pięścią uderzył w Jego szeroką pierś noszącą znak Śrivatsa. I po tym zniknął z pola widzenia. Tak oto demon ugodził Pana, który pojawił się jako pierwotny dzik, lecz Ów, niczym słoń uderzony wieńcem kwiatów; nie czuł najmniejszego drżenia w Swym ciele. Lecz demon użył wielu magicznych sztuczek przeciw Osobie Boga, Panu yogamayi. I ludzie zatrwożyli się na ten widok, i zdawało im się, że koniec wszechświata jest bliski.
Gwałtowne wiatry wiały ze wszystkich stron, rozsiewając ciemność wywołaną tumanami kurzu i gwałtownymi sztormami. Kamienie zewsząd spadały do dolin, jakby miotane z karabinów. Ciała niebieskie zniknęły z przestrzeni kosmicznej, gdy niezwykłe ilości chmur, którym towarzyszyły błyskawice i pioruny, pokryły niebo. Z niebios spadała ropa, włosy, krew, kał, mocz i kości. Z gór spadały rozmaite rodzaje broni i pojawiły się nagie demonice o rozpuszczonych włosach, uzbrojone w trójzęby. Czeredy krwiożerczych Yaksów i Raksasów, którzy maszerowali; jechali konno, w powozach albo na słoniach, wydawały z siebie dzikie i okrutne okrzyki.
Pan, dla którego osobistej przyjemności spełniane są wszystkie ofiary, wypuścił teraz Swój ukochany Sudarśana, który był w stanie rozpędzić magiczne siły demona. W tym właśnie momencie dreszcz nagle wstrząsnął sercem Diti, matki Hiranyaksy. Wspomniała ona słowa swego męża Kaśyapy i krew popłynęła z jej piersi. Gdy demon ujrzał, jak jego magiczne moce zostały rozwiane, ponownie pojawił się przed Osobą Boga, Keśavą, i pełen gniewu próbował Go zmiażdżyć swymi ramionami. Lecz, ku jego wielkiemu zdumieniu, Pan znalazł się poza zasięgiem jego ramion. Teraz demon zaczął uderzać Pana swymi twardymi pięściami, lecz Pan Adhoksaja – niczym Indra, król Marutów godzący w demona Vrtrę – wymierzył Hiranyaksy cios w okolicę ucha. Kiedy tak Pan, ostateczny zwycięzca, bez wysiłku ugodził w ciało demona, zaczęło ono wirować. Oczy demona wyszły z orbit i padł martwy, jak gigantyczne drzewo wyrwane z korzeniami przez wiatr. Jego ręce i nogi były połamane, a włosy rozrzucone.
Demon o przerażających leżał na polu walki z przygryzioną wargą. Rumieniec nic zgasł jeszcze na jego twarzy, i Brahma rzekł z podziwem: Kogóż to spotkała taka błogosławiona śmierć? Pan ugodził demona Swą przednią nogą, o której w odludnych miejscach medytują pogrążeni w transie yogini, pragnący porzucić swe nierealne, materialne ciała. A ten rodowy klejnot spośród synów Diti opuścił ciało wpatrzony w oblicze Pana.
Na podstawie ŚB Canto 3