Jak ja byłem bhaktą od 16 roku życia to w szkole wszyscy wiedzieli kim jestem. Nie miałem problemów, może dlatego, że jak wicedyrektor, który mnie kiedyś wezwał w sprawie kolegi, który zaczął wąchać klej i go nakryto i zaczął się tłumaczyć, że chciałby rzucić to, bo jest zafascynowany Hinduizmem, wtedy powiedział mi, że mam duży wpływ na kolegów.
W domu nie mogłem mantrować to robiłem to w drodze do szkoły i ze szkoły, w tym celu chodziłem piechotą i zaoszczędzałem na bilety

a koledzy nazywali to mędrkowaniem. Przynajmniej dwie osoby w mojej klasie przestały jeść mięso, kilka było na spotkaniach, w tym 2 kolegów szczególnie przychodziło, dzięki jednemu z nich pojawił się na spotkaniu dzisiejszy Atmaniwedana Prabhu, który teraz mieszka w Orlando koło Trivikrama Maharadża. Ja nie nauczałem w szkole, było mi głupio nauczać, byłem nieśmiały z natury, ale za to czasami ludzie sami mnie pytali. Zazwyczaj dziewczyny pytały o kwestię życia seksualnego. To było główne, najbardziej ważne pytanie. Reszta była przy tym bez znaczenia.
Jedynie jeden kolega ze szkoły kilka razy polemizował, i raz powiedział, że mnie zagiął, chodziło o kwestię szatana, a koledzy od razu mnie poparli, że to nie zagięcie tylko różnica zdań:) Na religii moje koleżanki śpiewały mahamantrę, trochę prowokacyjnie, ale nie było problemu z księdzem, o takim samym nazwisku jak moje:), był tolerancyjny, nawet kiedyś lekcję poświęcił na to, że jeżeli ktoś wybrał inaczej, to czapkę z głów i życzyć powodzenia, nie wtrącać się. Przed tym księdzem mialem innego.
Raz zrobiliśmy w szkole spotkanie Hare Kryszna, było mówione przez mikrofon u dyrektora do wszystkich klas i potem ten ksiądz przyszedł na spotkanie. Miał bardzo polemiczny nastrój, Sirna Prabhu wtedy prowadził wykład, w pewnym momencie jak skończyły się argumenty temu księdzu to wstał i wyszedł, ale nie robił problemów. Zrobiliśmy w ciągu 4 lat programy we wszystkich szkołach średnich w mieście, w niektórych po kilka, bo było zainteresowanie.
Nakleiłem raz na zeszycie do Polskiego naklejkę z napisem:
myśliwy - osobnik o świadomości pierwotniaka,
i kilka innych naklejek i wychowawczyni, o tym samym nazwisku co ja, bardzo chwaliła kapitalne teksty. Ale mój kolega, mimo, że nie był wegetarianinem, bardzo chciał ode mnie naklejkę z napisem: mięso - nie dziękuję, i wychowawczyni bardzo się wkurzyła na niego, że: czy to znaczy, że ja nie mogę jeść mięsa? Mnie raz wysłała pani od praktyk do wicedyrektora , bo się nudziliśmy na praktykach i na okładce zeszytu do praktyk napisałem fragment piosenki Gagi:
na wysypisku śmieci stanęła nasza kultura, my jesteśmy dzieci gaga
Ale wicedyrektor zrozumiał przesłanie, zgodził się też do drugiej kwestii, w której zostałem wysłany: przeszedłem wydeptaną ścieżką szeroką na 2,5 metra, że grama trawy nie było a długą na 3 kroki, , zamiast obejść z 15 metrów, bo ktoś tak wymyślił, że na wprost wyjścia z budynku był trawnik a chodnik kręty szedł w wymyślny sposób. Nie wróciłem się jak nauczycielka kazała, bo uznałem, że skoro już przeszedłem a mam nie deptać, to po co mam deptać drugi raz wracając

Miałem wtedy z kolegami zrobić tabliczkę, zakazującą chodzenia tamtędy. Ponieważ nie wiedzieliśmy kto ma ją zrobić, umówiliśmy się, że jeden kolega przyniesie młotek i gwoździe na następne praktyki, drugi deseczkę a ja napiszę hasło. I napisałem: Wstęp wzbroniony! A pod spodem: Szanuj zieleń boś nie jeleń! Jak nauczycielka doczytała się tego napisu pod spodem pomyślała, że z niej drwimy i mieliśmy znowu problemy.
Kiedyś podczas dni otwartych szkoły dyrektor reklamował szkołe na zebraniu na sali gimnastycznej, że tą szkołę kończyły osoby różnych wyznań.
Jeden mój kolega z klasy już po skończeniu szkoły gdy zamieszkałem w ośrodku jeździł ze mną i sprzedawał za mnie kadzidełka i orzeszki, bo ja miałem mental aby to robić a wysyłali mnie, bo to była to w tamtych czasach podstawa utrzymania ośrodka, i sprzedawał za trochę więcej niż miałem oddać, tak, że i dla niego było:) Ja tylko jeździłem z nim dla towarzystwa, czasami coś sprzedałem, gdy się rozdzielaliśmy aby było szybciej. On zawsze łapał okazję, więc zaoszczędzaliśmy na biletach. Jednak raz przegięliśmy jak jechaliśmy do Sanoka i jeszcze kawałek przed ktoś nas wysadził a było minus 33 stopnie mrozu i wiatr, a my na wygwizdowie nie mogliśmy nic złapać, bo zresztą mało co jeździło. Aż wszedłem do budki kolejowej przy szlabanie aby się ogrzać na chwilę, bo nie było nic innego. W końcu wzięliśmy autobus. Tak było przez pół roku jak kolega za mnie sprzedawał i chciał zacząc sprzedawać książki, ale ja nie chciałem aby to robił. Potem odwiedzał mnie w swiątyni w Krakowie. Nawet bhaktowie mówili, że może bym go zaprosił do świątyni aby przenocowal, ale ja nie chcialem aby było, że koledzy mnie odwiedzają i nocują w świątyni jak w hotelu. Fajny chłopak, w szkole same piątki i szóstki ale niestety nie żyje. W ten sam dzień, zaraz po tym jak wrócił ze szpitala, kiedy żona urodziła mu syna, nagle poczuł się źle, położył się na łóżku i zmarł.