Kim chcemy być?
: 19 cze 2009, 14:51
Witam wszystkich wielbicieli Pana Kryszny!
Vańca kalpa...
Chciałbym się dołączyć do tego gorącego wątku i za pozwoleniem Administratora, podzielić się z vaisznawami moją skromną opinią. Jako, że czas, kiedy to z szabelką chciałem lecieć na wszelkich odszczepieńców, sahadżijów i innych różnej maści „zdrajców” Śrila Prabhupada, już dawno minął, przeto z chłodniejszą i trzeźwiejszą głową mogę obserwować obecne podniecenie związane z podstępnymi knowaniami wymierzonymi w naszą świętą instytucję ISKCON czy też MTŚK, jak kto woli.
Podniecenie to, które z łaski naszego Pana doświadczamy obecnie, ja doświadczyłem około roku 1993 w Mayapur, kiedy to herezja związana z tajnym pobieraniem nauk u Narayana Maharaja przez bardzo wielu prominentnych uczniów ŚP z ISKCON-u (niektórzy byli członkami GBC) była u szczytu swego rozkwitu. Związane to było z dużym napięciem, uwagą i przeróżnymi emocjami, które się wszystkim tam w Mayapur wtedy udzielały. Nie byłem w stanie pojąć, jak proste rzeczy związane z naszą filozofią i oddaniem dla A.C. Bhaktiwedanty Swamiego umykają rozumieniu starym i przecież doświadczonym vaisznawom, uczniom ŚP. No, ale wiadomo... maya jest mocna, a jak jeszcze pospołu z szatanem działa to wszystko się może zdarzyć....
ISKCON był w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Pełniłem wtedy (1992-95) służbę w Construction Department razem z moim bratem duchowym Vaidyaratem d. (byliśmy uczniami Harikeśy Swamiego) z którym razem wcześniej studiowałem na wydz. Architektury Politechniki Wrocławskiej oraz Caitanyą Mangalą d. uczniem Kryszna Kszetry prabhu. Wszyscy z Polski, wszyscy z wrocławskiej świątyni. Construction D. działał na rzecz Mayapur Project czyli budowy Wielkiej Świątyni, a przy okazji również na rzecz wszystkich innych projektów budowlanych na terenach będących własnością ISKCON-u w Mayapur.
Pamiętam jedno popołudnie, a był to okres kiedy mentalna „szabelka” zawsze była przy moim boku, po jakichś tam kolejnych niusach ( od ang słowa news – wiadomości) moje pełne entuzjazmu wzburzenie na heretyków zeszło się akurat z silnym parciem w okolicach kiszki stolcowej więc poleciałem do kibelka niedaleko naszych pokoi w Long Buildingu. Ci co byli w Mayapur czy w Indiach w ogóle, wiedzą, że obowiązuje tam w kibelku model „turecki” a nie europejski, czyli że muszla klozetowa jest tam równo z podłogą, a nie na kształt porcelanowego fotelika. To pewnie pozostałości po mądrości ayurvedyjskiej, której anglikom nie udało się do końca zniszczyć, a która poleca wypróżnianie w pozycji „na kucąco” jako zdrowszą asanę dla tej czynności. No i wleciałem do kibelka. A wiadomo, że jak entuzjazm połączy się z parciem wtedy impet wzrasta, a precyzja wykonywanych ruchów maleje. Muszla w tym kibelku była niestety jakimś trafem podczas jakichś porządków czy remontów przez jakiegoś świętego idiotę (w dham nawet idioci są święci) dosyć mocno uszkodzona przez co jedna jej krawędź wykonana z grubej masy porcelanopodobnej była ułamana i od wewnętrznej strony straszyła dosyć długą a ostrą krawędzią. Na co dzień nikt się tym specjalnie nie przejmował i była regularnie używana. W tym miejscu, za pozwoleniem vaisznawów chciałbym przerwać mój opis. Dość powiedzieć, że widok lejącej się krwi wraz z jednocześnie uchodzącymi ekskrementami nie każdemu możne służyć w jego bhajanie więc powiem tylko, że dalej już na plecach mojego drogiego brata Vaidyarata niesiony byłem do czekającego już na nas na dole samochodu marki Ambasador, który zwykle zawsze stał w gotowości na nagłe czy nie nagłe potrzeby naszych mayapurskich oficjeli z ciał zarządzających. Tym razem z błogosławieństwem wszystkich został on użyty na moje potrzeby i udaliśmy się szybko do jakiejś miejscowości, której nazwy już nie pamiętam, a w której siostry zakonne prowadziły szpital pod wezwaniem Marii Magdaleny ( tej co podobno była kochanką Jezusa). Szybko wylądowałem na stole operacyjnym a siostry bez zbędnych cerygieli fachowo wzięły się za moje na wpół rozcięte ścięgno Achillesa. Nie będę już tego wątku kontynuował, w każdym razie siostrom byłem i jestem bardzo wdzięczny.
Mógłby ktoś zapytać w tym miejscu czy przypadkiem próbowałem powiązać jakoś ze sobą krwawe zdarzenie z poprzedzającym go entuzjazmem „ścinania” heretyckich głów z apa-sampradayi ? Musze wyznać, że wtedy hołdowałem przekonaniu panującemu ogólnie wśród bhaktów sankirtanu, że maya zawsze próbuje powstrzymać entuzjazm wielbicieli szczególnie tych co rozprowadzają książki Śrila Prabhupada. Jako, że cały czas czułem się bhaktą sankirtanu, nawet za stołem kreślarskim w Mayapur ( ci co przeszli szkołę za czasów Harikeszy, wiedzą o czym mówię) to nie połączyłem tych faktów ze sobą. Może i mi mignęła w umyśle taka możliwość przyczynowo-skutkowa, bo legendy o różnych strasznych rzeczach zdarzających się tym co vaisznawa aparadhę popełniają, chodziły wśród bhaktowskich opowieści, ale musiałem ją odrzucić od razu bo zbyt przerażająca była, a poza tym racja w tak oczywisty sposób i tak była po mojej stronie więc taka interpretacja mimo, że znajdująca potwierdzenie w naszych śastrach, nie wchodziła w rachubę.
W międzyczasie lata mijały i dzięki łasce naszego Pana i wiele się zdarzyło takich rzeczy , które powinny dać do myślenia i skłonić do zresetowania naszych poglądów. Jako, że myślenie jest rzeczą bolesną i może otworzyć perspektywy rozumienia wcześniej nie znane, przeto niestety u wielu praktykujących proces bhakti-yogi nie cieszy się ono popularnością, a wręcz często nadal kwitowane jest pejoratywnymi określeniami w stylu „spekulacje”(czyli zło) albo kojarzy się ze zjawiskiem „bycia na platformie umysłu”(następne zło) a strach temu towarzyszący skutecznie paraliżuje zdolności intelektualne wielbicieli, którzy jednocześnie lubią powtarzać, że ruch Hare Kryszna jest bardzo filozoficzny. Niestety skutkuje to zjawiskiem, że nasz ISKCON niebezpiecznie zmierza w kierunku nad którym widnieje wielki transparent: „Świadkowie Jehowy Hinduizmu – Witamy i Zapraszamy”, a zmierzający tam jak zwykle mają pod ręką odpowiednio dobrane cytaty Śrila Prabhupady, bo u nas wszystko można załatwić odpowiednimi cytatami, gdyż Prabhupada często mówił różne rzeczy w zależności od czasu miejsca i okoliczności, które niejednokrotnie na pozór wydają się być sprzeczne ze sobą. Dzięki łasce naszego Pana, jakoś nie jestem przekonany do odstawiania umysłu na półkę i potrzeba robienia nieustannego „update” co do rozumienia różnych spraw ( nie mówię o siddhancie) , które w przeszłości wydawały się oczywiste, nie budzi u mnie żadnych wątpliwości. Zawsze stoimy przed wyborem: albo chcemy być bhaktami Pana Kryszny i używać również umysłu i spekulacji w nieustannych próbach rozumienia czym jest Świadomość Kryszny albo chcemy być zaopatrzonymi w cytaty Świadkami Jehowy Hinduizmu. Wybór należy do nas!
Bo ja tak w powyższym kontekście będę rozważał przypadek Narayana Maharadża, który to przypomnę był jednym z niewielu zaufanych przyjaciół A.C.Bhaktiwedanty Prabhupada. Od 1955 roku mieszkali razem we Vrindavan pod jednym dachem i praktycznie aż do wyjazdu Prabhupada w 1965 mieli ze sobą bliski i poufny kontakt. No i teraz nachodzi mnie pytanie, czy już wtedy Prabhupada nie mógł zorientować się, że NM to taki może nie do końca godny zaufania, a wręcz podejrzany towarzysz który będzie go później obrażał na różne subtelne sposoby, mieszał w głowach jego uczniom i że jego przyjaciel to w rzeczywistości jadowity wąż, który w przyszłości będzie pić krew jego ukochanego dziecka ISKCON-u?
Mahabhagavata i nie potrafi poznać się na ludziach?...
No bo my przecież już się poznaliśmy na nim, a Prabhupada nie potrafił?..
A przecież fakty są oczywiste: podjeżdża, porywa, powtórnie inicjuje i zmienia imiona!
I jeszcze filozofię subtelnie zmienia!
No i obraża, ciągle obraża A.C. Bhaktiwedantę Swamiego na różne subtelne (a takie są najgorsze) sposoby!
No, ale z drugiej strony przecież Prabhupada to czysty bhakta, śaktyaveśa avatar i mógłby tak się pomylić, na ludziach nie poznać?...
Przecież NM to nie był jakiś przypadkowy człowiek z ulicy, ale brat w sanyasie i uczeń bo Prabhupada był dla niego siksza guru, pod jednym dachem we Vrindavan mieszkali nie dzień czy dwa, ale lata....
A może to taka rozrywka pana Kryszny, że myśmy się poznali, a Prabhupada nie?...
A może...,
a może On się poznał i właśnie dlatego, że się poznał to tego Maharaja poprosił o przeprowadzenie swojej ostatniej ceremonii a nie kogo innego?
I może to z nami jest coś nie tak?...
Może, ktoś powie, że mącę, zasiewam ziarno zwątpienia i w gruncie rzeczy knuję i możliwe żem szpieg jakiś co niby niewinnie, ale do herezji namawia i nasz święty ISKCON od środka zatruwa jadem co atrakcyjną słodycz przypomina? To ja powiem, że od takiej oceny do zamordyzmu tylko jeden krok. No i wtedy „Witamy w sekcie!”, gdzie wszyscy myślą tak samo, każdy działa posłusznie i politycznie poprawnie no i oczywiście każdy jest czujny bo szatan z mayą nie śpią. Ładną będziemy wtedy mieli organizację. I jak atrakcyjną! Ludzie będą drzwiami i oknami do nas walić. A jak Śrila Prabhupada będzie zadowolony!
Pozostawiając tą kwestię do przemyśleń zawsze warto mieć w pamięci, że jedyną rzeczą która może nas zrujnować jest vaisznawa-aparadha. Poza tym, jeżeli to robimy dla Kryszny to spekulować możemy do woli i wyjdzie to nam na dobre!
Tak czy inaczej, czy się to komu będzie podobać czy nie ja w ISKCON-ie byłem, jestem i będę.
Vańca kalpa...
Chciałbym się dołączyć do tego gorącego wątku i za pozwoleniem Administratora, podzielić się z vaisznawami moją skromną opinią. Jako, że czas, kiedy to z szabelką chciałem lecieć na wszelkich odszczepieńców, sahadżijów i innych różnej maści „zdrajców” Śrila Prabhupada, już dawno minął, przeto z chłodniejszą i trzeźwiejszą głową mogę obserwować obecne podniecenie związane z podstępnymi knowaniami wymierzonymi w naszą świętą instytucję ISKCON czy też MTŚK, jak kto woli.
Podniecenie to, które z łaski naszego Pana doświadczamy obecnie, ja doświadczyłem około roku 1993 w Mayapur, kiedy to herezja związana z tajnym pobieraniem nauk u Narayana Maharaja przez bardzo wielu prominentnych uczniów ŚP z ISKCON-u (niektórzy byli członkami GBC) była u szczytu swego rozkwitu. Związane to było z dużym napięciem, uwagą i przeróżnymi emocjami, które się wszystkim tam w Mayapur wtedy udzielały. Nie byłem w stanie pojąć, jak proste rzeczy związane z naszą filozofią i oddaniem dla A.C. Bhaktiwedanty Swamiego umykają rozumieniu starym i przecież doświadczonym vaisznawom, uczniom ŚP. No, ale wiadomo... maya jest mocna, a jak jeszcze pospołu z szatanem działa to wszystko się może zdarzyć....
ISKCON był w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Pełniłem wtedy (1992-95) służbę w Construction Department razem z moim bratem duchowym Vaidyaratem d. (byliśmy uczniami Harikeśy Swamiego) z którym razem wcześniej studiowałem na wydz. Architektury Politechniki Wrocławskiej oraz Caitanyą Mangalą d. uczniem Kryszna Kszetry prabhu. Wszyscy z Polski, wszyscy z wrocławskiej świątyni. Construction D. działał na rzecz Mayapur Project czyli budowy Wielkiej Świątyni, a przy okazji również na rzecz wszystkich innych projektów budowlanych na terenach będących własnością ISKCON-u w Mayapur.
Pamiętam jedno popołudnie, a był to okres kiedy mentalna „szabelka” zawsze była przy moim boku, po jakichś tam kolejnych niusach ( od ang słowa news – wiadomości) moje pełne entuzjazmu wzburzenie na heretyków zeszło się akurat z silnym parciem w okolicach kiszki stolcowej więc poleciałem do kibelka niedaleko naszych pokoi w Long Buildingu. Ci co byli w Mayapur czy w Indiach w ogóle, wiedzą, że obowiązuje tam w kibelku model „turecki” a nie europejski, czyli że muszla klozetowa jest tam równo z podłogą, a nie na kształt porcelanowego fotelika. To pewnie pozostałości po mądrości ayurvedyjskiej, której anglikom nie udało się do końca zniszczyć, a która poleca wypróżnianie w pozycji „na kucąco” jako zdrowszą asanę dla tej czynności. No i wleciałem do kibelka. A wiadomo, że jak entuzjazm połączy się z parciem wtedy impet wzrasta, a precyzja wykonywanych ruchów maleje. Muszla w tym kibelku była niestety jakimś trafem podczas jakichś porządków czy remontów przez jakiegoś świętego idiotę (w dham nawet idioci są święci) dosyć mocno uszkodzona przez co jedna jej krawędź wykonana z grubej masy porcelanopodobnej była ułamana i od wewnętrznej strony straszyła dosyć długą a ostrą krawędzią. Na co dzień nikt się tym specjalnie nie przejmował i była regularnie używana. W tym miejscu, za pozwoleniem vaisznawów chciałbym przerwać mój opis. Dość powiedzieć, że widok lejącej się krwi wraz z jednocześnie uchodzącymi ekskrementami nie każdemu możne służyć w jego bhajanie więc powiem tylko, że dalej już na plecach mojego drogiego brata Vaidyarata niesiony byłem do czekającego już na nas na dole samochodu marki Ambasador, który zwykle zawsze stał w gotowości na nagłe czy nie nagłe potrzeby naszych mayapurskich oficjeli z ciał zarządzających. Tym razem z błogosławieństwem wszystkich został on użyty na moje potrzeby i udaliśmy się szybko do jakiejś miejscowości, której nazwy już nie pamiętam, a w której siostry zakonne prowadziły szpital pod wezwaniem Marii Magdaleny ( tej co podobno była kochanką Jezusa). Szybko wylądowałem na stole operacyjnym a siostry bez zbędnych cerygieli fachowo wzięły się za moje na wpół rozcięte ścięgno Achillesa. Nie będę już tego wątku kontynuował, w każdym razie siostrom byłem i jestem bardzo wdzięczny.
Mógłby ktoś zapytać w tym miejscu czy przypadkiem próbowałem powiązać jakoś ze sobą krwawe zdarzenie z poprzedzającym go entuzjazmem „ścinania” heretyckich głów z apa-sampradayi ? Musze wyznać, że wtedy hołdowałem przekonaniu panującemu ogólnie wśród bhaktów sankirtanu, że maya zawsze próbuje powstrzymać entuzjazm wielbicieli szczególnie tych co rozprowadzają książki Śrila Prabhupada. Jako, że cały czas czułem się bhaktą sankirtanu, nawet za stołem kreślarskim w Mayapur ( ci co przeszli szkołę za czasów Harikeszy, wiedzą o czym mówię) to nie połączyłem tych faktów ze sobą. Może i mi mignęła w umyśle taka możliwość przyczynowo-skutkowa, bo legendy o różnych strasznych rzeczach zdarzających się tym co vaisznawa aparadhę popełniają, chodziły wśród bhaktowskich opowieści, ale musiałem ją odrzucić od razu bo zbyt przerażająca była, a poza tym racja w tak oczywisty sposób i tak była po mojej stronie więc taka interpretacja mimo, że znajdująca potwierdzenie w naszych śastrach, nie wchodziła w rachubę.
W międzyczasie lata mijały i dzięki łasce naszego Pana i wiele się zdarzyło takich rzeczy , które powinny dać do myślenia i skłonić do zresetowania naszych poglądów. Jako, że myślenie jest rzeczą bolesną i może otworzyć perspektywy rozumienia wcześniej nie znane, przeto niestety u wielu praktykujących proces bhakti-yogi nie cieszy się ono popularnością, a wręcz często nadal kwitowane jest pejoratywnymi określeniami w stylu „spekulacje”(czyli zło) albo kojarzy się ze zjawiskiem „bycia na platformie umysłu”(następne zło) a strach temu towarzyszący skutecznie paraliżuje zdolności intelektualne wielbicieli, którzy jednocześnie lubią powtarzać, że ruch Hare Kryszna jest bardzo filozoficzny. Niestety skutkuje to zjawiskiem, że nasz ISKCON niebezpiecznie zmierza w kierunku nad którym widnieje wielki transparent: „Świadkowie Jehowy Hinduizmu – Witamy i Zapraszamy”, a zmierzający tam jak zwykle mają pod ręką odpowiednio dobrane cytaty Śrila Prabhupady, bo u nas wszystko można załatwić odpowiednimi cytatami, gdyż Prabhupada często mówił różne rzeczy w zależności od czasu miejsca i okoliczności, które niejednokrotnie na pozór wydają się być sprzeczne ze sobą. Dzięki łasce naszego Pana, jakoś nie jestem przekonany do odstawiania umysłu na półkę i potrzeba robienia nieustannego „update” co do rozumienia różnych spraw ( nie mówię o siddhancie) , które w przeszłości wydawały się oczywiste, nie budzi u mnie żadnych wątpliwości. Zawsze stoimy przed wyborem: albo chcemy być bhaktami Pana Kryszny i używać również umysłu i spekulacji w nieustannych próbach rozumienia czym jest Świadomość Kryszny albo chcemy być zaopatrzonymi w cytaty Świadkami Jehowy Hinduizmu. Wybór należy do nas!
Bo ja tak w powyższym kontekście będę rozważał przypadek Narayana Maharadża, który to przypomnę był jednym z niewielu zaufanych przyjaciół A.C.Bhaktiwedanty Prabhupada. Od 1955 roku mieszkali razem we Vrindavan pod jednym dachem i praktycznie aż do wyjazdu Prabhupada w 1965 mieli ze sobą bliski i poufny kontakt. No i teraz nachodzi mnie pytanie, czy już wtedy Prabhupada nie mógł zorientować się, że NM to taki może nie do końca godny zaufania, a wręcz podejrzany towarzysz który będzie go później obrażał na różne subtelne sposoby, mieszał w głowach jego uczniom i że jego przyjaciel to w rzeczywistości jadowity wąż, który w przyszłości będzie pić krew jego ukochanego dziecka ISKCON-u?
Mahabhagavata i nie potrafi poznać się na ludziach?...
No bo my przecież już się poznaliśmy na nim, a Prabhupada nie potrafił?..
A przecież fakty są oczywiste: podjeżdża, porywa, powtórnie inicjuje i zmienia imiona!
I jeszcze filozofię subtelnie zmienia!
No i obraża, ciągle obraża A.C. Bhaktiwedantę Swamiego na różne subtelne (a takie są najgorsze) sposoby!
No, ale z drugiej strony przecież Prabhupada to czysty bhakta, śaktyaveśa avatar i mógłby tak się pomylić, na ludziach nie poznać?...
Przecież NM to nie był jakiś przypadkowy człowiek z ulicy, ale brat w sanyasie i uczeń bo Prabhupada był dla niego siksza guru, pod jednym dachem we Vrindavan mieszkali nie dzień czy dwa, ale lata....
A może to taka rozrywka pana Kryszny, że myśmy się poznali, a Prabhupada nie?...
A może...,
a może On się poznał i właśnie dlatego, że się poznał to tego Maharaja poprosił o przeprowadzenie swojej ostatniej ceremonii a nie kogo innego?
I może to z nami jest coś nie tak?...
Może, ktoś powie, że mącę, zasiewam ziarno zwątpienia i w gruncie rzeczy knuję i możliwe żem szpieg jakiś co niby niewinnie, ale do herezji namawia i nasz święty ISKCON od środka zatruwa jadem co atrakcyjną słodycz przypomina? To ja powiem, że od takiej oceny do zamordyzmu tylko jeden krok. No i wtedy „Witamy w sekcie!”, gdzie wszyscy myślą tak samo, każdy działa posłusznie i politycznie poprawnie no i oczywiście każdy jest czujny bo szatan z mayą nie śpią. Ładną będziemy wtedy mieli organizację. I jak atrakcyjną! Ludzie będą drzwiami i oknami do nas walić. A jak Śrila Prabhupada będzie zadowolony!
Pozostawiając tą kwestię do przemyśleń zawsze warto mieć w pamięci, że jedyną rzeczą która może nas zrujnować jest vaisznawa-aparadha. Poza tym, jeżeli to robimy dla Kryszny to spekulować możemy do woli i wyjdzie to nam na dobre!
Tak czy inaczej, czy się to komu będzie podobać czy nie ja w ISKCON-ie byłem, jestem i będę.