Gość Niedzielny
: 14 lut 2007, 16:22
„GOŚĆ NIEDZIELNY” nr 37 11 IX 2005
Idę pod tr?d
Z o. Marianem Żelazkiem rozmawia Marcin Jakimowicz
Ja jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus opiekował się mn?. Gładzę j? po głowie i opowiadam o miło?ci Boga, o niebie. I nagle ona zaczyna ?piewać: A ja czuję, jakby obok mnie na łóżku siedział Jezus. Tuż obok mnie.
Marcin Jakimowicz: – Zawiódł się kiedy? Ojciec na Panu Bogu?
O. Marian Żelazek: – Nie, nigdy. Ale On nie musi spełniać moich zachcianek, bo lepiej ode mnie wie, co jest mi potrzebne. Często my?lałem, że spotkało mnie ogromne nieszczę?cie, ale zawsze po pewnym czasie okazywało się, że działo się to dla mojego dobra. Nie rozumiałem na przykład, czemu w obozie koncentracyjnym przenosz? mnie do innego bloku, a okazywało się, że Pan Bóg miał w tym jaki? plan…
Gdy ks. Franciszek Blachnicki wyszedł z więzienia i mówił, że przeżył tam rekolekcje, znajomi pukali się w czoło. Ojciec wyszedł z piekła obozu koncentracyjnego i mówi to samo. Jak to możliwe?
– Bo w tym piekle był z nami Pan Bóg. Naprawdę. Ale nie wszyscy w to wierzyli. W Dachau obok mnie umierał pewien ?l?zak. Chciałem przygotować go na ?mierć. Zgaszono ?wiatło i modlili?my się. On otworzył oczy i powiedział: Powiedz mojej rodzinie, żeby nigdy nie zapomniała Niemcom tego, co mi zrobili. Przeraziłem się i mówię: Przebacz. Zobacz: Jezus przebaczył oprawcom, a ty? My?lałem, że go przekonałem, ale on powtórzył: Niech nigdy im tego nie zapomn?. Umarł, nie przebaczaj?c. Ale Pan Bóg się nad nim u?miechał. Pan Bóg go rozumiał, widział jego niedolę…
Wierzyli?cie, że wyjdziecie z obozu?
– Bardzo chciałem z niego wyj?ć. Nawet na czworakach….
Podobno narysował sobie Ojciec na desce klawiaturę i uczył się pisać na maszynie…
– Tak. Choć powiedziano mi, że wyjdę z obozu przez komin, uczyłem się pisać. A od Hiszpanów uczyłem się hiszpańskiego. Bo ja już wtedy my?lałem o misjach. Z przyjaciółmi złożyli?my ?luby ?w. Józefowi, bo On zawsze ratował ?więt? Rodzinę. Obiecali?my mu, jakimi to będziemy aniołami po wyj?ciu. I obóz został wyzwolony 22 kwietnia 1945 roku... na cztery godzinyprzed decyzj? o je-go likwidacji. Dwie kompanie już czekały w Monachium, by nas zniszczyć. A Pan Bóg nas wyci?gn?ł. W ostatniej chwili. Do dzi? pielgrzymuję do Dachau.
„Pielgrzymuję”???
– Tak. To ?więte miejsce. Kiedy? spotkałem tam parę młodych ludzi. Pytaj?: Jak ojciec może tu wracać? A ja odpowiadam: było to okrutne miejsce. Bez dwóch zdań. Ale ja tu zmartwychwstałem. Wyszedłem z Dachau i chciałem pojechać na koniec ?wiata, by opowiadać o tym, jaki Pan Bóg jest dobry.
Płakał Ojciec czasami w obozie?
– Nie było łez. Może zbyt mocno dotykałem ?mierci? Do?wiadczenie dna pomogło mi. Bo gdy wyl?dowałem w Indiach, w trędowatych zobaczyłem swoich braci. Trędowaci s? w najniższej ka?cie: nietykalnych. Nikt się do nich nie zbliża, umieraj? w pogardzie. A przecież ja byłem w gorszym położeniu: miałem wyj?ć przez komin, byłem przeznaczony na ?mierć, nie mogłem spacerować. Mój przyjaciel, kleryk Norbert Go?cieniecki, zachorował w obozie: dopadła go biegunka. I wtedy blokowy krzykn?ł: Wyrzućcie to ?cierwo na podwórko, bo cuchnie.
Modli się Ojciec do swych przyjaciół, którzy zostali błogosławionymi?
– Tak. Umierali na moich rękach. Często proszę ich o pomoc.
Wyl?dował Ojciec w Indiach, gdzie pracowała już Matka Teresa z Kalkuty. Jakie było Wasze pierwsze spotkanie?
– Pamiętam ?wietnie. Platforma kolejowa w naszej misji. Strasznie gor?co. Chyba z 47 stopni. Patrzę, a z daleka id? trzy siostry ubrane w sari. Umęczone upałem. Szybko kupiłem cold drink, chyba Coca-colę,i mówię jakiemu? chłopakowi: Biegnij, zanie? to siostrom. A on wraca z butelk? i mówi: Siostry nie chc?. Jak to? I wtedy jedna z nich podeszła i przedstawiała się: Matka Teresa. Dlaczego siostry nie pij? coli? Mamy regułę: nie przyjmujemy nic w czasie podróży. Zrozumiałem, dlaczego. Na platformie stało wielu biednych. Posłałbym im ten napój? Nie. A zakonnice potraktowałem lepiej niż biednych. Zawstydziłem się. Matka Teresa chciała żyć jak biedni. Trafiłem najpierw do plemienia Adibasów. To ludzie z pierwotnych szczepów. Okazali się bardzo wrażliwi na przyjęcie Jezusa. Nawracały się całe wioski. Wiele rozumieli. Zdumiała mnie kiedy? modlitwa wiernych na jednej Mszy. Było to w 1950 roku, w czasie peregrynacji Matki Boskiej Fatimskiej. Zebrało się aż trzydzie?ci tysięcy ludzi. Niektórzy szli nawet sto kilometrów. Adibasi podchodzili do mikrofonu, by gło?no się modlić. I zgadnij, o co prosili?
Jak znam życie, to o zdrowie i żywno?ć.
– Nie! Choć byli bardzo, bardzo biedni, prawie każda rodzina modliła się: Panie Boże, daj mojej rodzinie powołanie kapłańskie. To dopiero wiara! Nie prosili o to, by obrodziły pola, o wodę...
I Pan Bóg wysłuchał?
– Tak! Pracowało nas wtedy 28 misjonarzy. Wszyscy obcokrajowcy. Po pięćdziesięciu latach mieli?my już 137 kapłanów Hindusów! Dwóch moich uczniów zostało nawet biskupami. A dzi? jest ponad 150 kapłanów z Indii! I tylko ja jestem biały. Zostałem sam, rodzynek (?miech).
Duchowo?ci Wschodu stały się niesamowicie modne. Ludzie jeżdż? do Indii, szukaj?c religijnych inspiracji. W Polsce szaleje ruch Hare Kriszna, przedstawiaj?c się jako kwintesencja hinduizmu.
– A w Indiach nie wolno im nawet wej?ć do ?wi?tyni hinduskiej! Obok mnie stoi ?wi?tynia Dżagannathy, któr? codziennie odwiedza aż 10 tys. ludzi. I tam nie wpu?ci się ludzi z Hare Kriszna. Bo to sekta, kompletnie nieuznawana w Indiach.
Czy Hindusom łatwo mówi się o miło?ci Boga?
– Oj, nie. Oni maj? mnóstwo bogów, ale żaden z nich nie kocha. Nie znaj? Boga kochaj?cego. Ich bóg wymaga, trzeba go zadowolić ofiar? i rytualizmem. Mój znajomy nefrolog był wielkim ortodoksyjnym hinduist?. Rano i wieczorem szedł do ?wi?tyni. I kiedy? przychodzi do mnie i z błyskiem w oku opowiada: Ojcze, dzi? złożyłem specjaln? puja (ofiarę). Zapaliłem 1008 ?wiateł. Bardzo wykształcony człowiek. A ja pytam: A co byłoby gdyby zapalił pan 1007 ?wiateł? A on zmartwił się: Oj, to wszystko byłoby na nic. Wszystko na nic. Wtedy poczułem, czym jest chrze?cijaństwo. Oni chc? szczerze uczcić Boga, ale wystarczy, że się potkn?, zapomn?, przeocz? i klops. A mojemu Bogu nie s? potrzebne ?wiatełka, ale moje serce. Hindusi często nie potrafi? odpowiedzieć, dlaczego czyni? tyle rytuałów. My?lę, że oni id? do Boga bardzo, bardzo okrężn? drog?.
Udało mi się zbudować ko?ciół Matki Bożej tuż obok ?wi?tyni Dżagannathy. Ta ?wi?tynia nie jest dla nich żadn? konkurencj?. Oni kłaniaj? się nisko przed ?wi?tyni? Maryi. Naj?więtsza Panienka jest matk? Jezusa – jednego z wielu bóstw. Bardzo często podkre?laj?: zobacz, jacy jeste?my podobni. Ale nie mog? przyj?ć tego, że Bóg jest jeden, że stał się człowiekiem i że zdarzyło się to tylko raz. Ale chrze?cijaństwo zmienia Indie. Kiedy? jeden z wysokich urzędników hinduskich podszedł do mnie i powiedział: jeżeli nie staniemy się chrze?cijanami, nigdy nie będzie postępu. Bardzo zdumiało mnie to stwierdzenie, ale tak jest. Dlaczego oni nie pomagaj? trędowatym? Bo nie mog? się skalać prac? z kim? z kasty nietykalnych. On ma tak? karmę – mówi? – musi cierpieć. A nie musi cierpieć. Tr?d jest uleczalny, ale Hindusi… nie chc? się leczyć.
Dlaczego???
– Bo w Indiach kto?, kto zachoruje na tr?d ,traci przywileje kasty, staje się nietykalny, wykluczony z życia społecznego. I chory ukrywa jak najdłużej swoj? chorobę. Ale potem i tak przychodzi do nas. Tyle że w opłakanym stanie.
Kiedy? Matka Teresa pomagała na sali umieraj?cym, sprz?tała, owijała cuchn?ce rany. Ujrzał to jeden turysta i mówi: Ja nie pracowałbym tu nawet gdybym dostał 1000 dolarów. A ona na to: a ja nie pracowałabym nawet za 1000 tys. dolarów! Ja pracuję dla Pana Jezusa, a On powiedział: Cokolwiek uczynili?cie jednemu z najmniejszych... Ja jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus opiekował się mn?. Bo ja jestem taki Jezusowy żołnierz. Każe mi i?ć, to idę.
Czy miał Ojciec w Indiach realne do?wiadczenie Jego obecno?ci?
– Tak, kilka razy, choć nie opieram na tym swej wiary. Ale miałem takie chwile. Siedziałem przy umieraj?cej kobiecie. Była opuszczona, bo konaj?cych hindusi boj? się jak ognia, nie mog? się skalać dotykiem... Gładzę j? po głowie i opowiadam o miło?ci Boga, o niebie. I nagle ona zaczyna ?piewać: A ja czuję, jakby obok mnie na łóżku siedział Jezus. Tuż obok mnie.
Spotyka Ojciec w Indiach dwie Polki wpatrzone jak w obrazek w jakiego? guru. Co ojciec czuje?
– Mówię im, słuchajcie, gdyby?cie tak uczciwie szukały odpowiedzi w Polsce, jak to robicie w Indiach, znalazłyby?cie j? szybciej. Po co odcinać swe korzenie? Nie trzeba jechać do Indii czy Nepalu. Bóg jest tuż za rogiem. Ale napijmy się kawy, bo jak ostygnie, to już nie będzie taka dobra. Ostatnio odkryłem, dlaczego misjonarze s? tacy silni. Bo codziennie pijemy kawę (?miech). Gdy przyjechałem ponad pięćdziesi?t lat temu do Indii, nie mieli?my niestety kawy. Zasadziłem parę krzaczków, potem wyprażyłem ziarenka, ale to nie było to! Napijmy się. Tylko gor?ca jest dobra.
Marian Żelazek (ur. 30 stycznia 1918) – zakonnik, werbista. W czasie II wojny ?wiatowej wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Od 55 lat pracuje w Indiach. Od 1975 do dzi? niesie pomoc trędowatym w leprozorium w Puri (nad Zatok? Bengalsk?). W roku 2002 zgłoszony został jako polski kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla
Idę pod tr?d
Z o. Marianem Żelazkiem rozmawia Marcin Jakimowicz
Ja jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus opiekował się mn?. Gładzę j? po głowie i opowiadam o miło?ci Boga, o niebie. I nagle ona zaczyna ?piewać: A ja czuję, jakby obok mnie na łóżku siedział Jezus. Tuż obok mnie.
Marcin Jakimowicz: – Zawiódł się kiedy? Ojciec na Panu Bogu?
O. Marian Żelazek: – Nie, nigdy. Ale On nie musi spełniać moich zachcianek, bo lepiej ode mnie wie, co jest mi potrzebne. Często my?lałem, że spotkało mnie ogromne nieszczę?cie, ale zawsze po pewnym czasie okazywało się, że działo się to dla mojego dobra. Nie rozumiałem na przykład, czemu w obozie koncentracyjnym przenosz? mnie do innego bloku, a okazywało się, że Pan Bóg miał w tym jaki? plan…
Gdy ks. Franciszek Blachnicki wyszedł z więzienia i mówił, że przeżył tam rekolekcje, znajomi pukali się w czoło. Ojciec wyszedł z piekła obozu koncentracyjnego i mówi to samo. Jak to możliwe?
– Bo w tym piekle był z nami Pan Bóg. Naprawdę. Ale nie wszyscy w to wierzyli. W Dachau obok mnie umierał pewien ?l?zak. Chciałem przygotować go na ?mierć. Zgaszono ?wiatło i modlili?my się. On otworzył oczy i powiedział: Powiedz mojej rodzinie, żeby nigdy nie zapomniała Niemcom tego, co mi zrobili. Przeraziłem się i mówię: Przebacz. Zobacz: Jezus przebaczył oprawcom, a ty? My?lałem, że go przekonałem, ale on powtórzył: Niech nigdy im tego nie zapomn?. Umarł, nie przebaczaj?c. Ale Pan Bóg się nad nim u?miechał. Pan Bóg go rozumiał, widział jego niedolę…
Wierzyli?cie, że wyjdziecie z obozu?
– Bardzo chciałem z niego wyj?ć. Nawet na czworakach….
Podobno narysował sobie Ojciec na desce klawiaturę i uczył się pisać na maszynie…
– Tak. Choć powiedziano mi, że wyjdę z obozu przez komin, uczyłem się pisać. A od Hiszpanów uczyłem się hiszpańskiego. Bo ja już wtedy my?lałem o misjach. Z przyjaciółmi złożyli?my ?luby ?w. Józefowi, bo On zawsze ratował ?więt? Rodzinę. Obiecali?my mu, jakimi to będziemy aniołami po wyj?ciu. I obóz został wyzwolony 22 kwietnia 1945 roku... na cztery godzinyprzed decyzj? o je-go likwidacji. Dwie kompanie już czekały w Monachium, by nas zniszczyć. A Pan Bóg nas wyci?gn?ł. W ostatniej chwili. Do dzi? pielgrzymuję do Dachau.
„Pielgrzymuję”???
– Tak. To ?więte miejsce. Kiedy? spotkałem tam parę młodych ludzi. Pytaj?: Jak ojciec może tu wracać? A ja odpowiadam: było to okrutne miejsce. Bez dwóch zdań. Ale ja tu zmartwychwstałem. Wyszedłem z Dachau i chciałem pojechać na koniec ?wiata, by opowiadać o tym, jaki Pan Bóg jest dobry.
Płakał Ojciec czasami w obozie?
– Nie było łez. Może zbyt mocno dotykałem ?mierci? Do?wiadczenie dna pomogło mi. Bo gdy wyl?dowałem w Indiach, w trędowatych zobaczyłem swoich braci. Trędowaci s? w najniższej ka?cie: nietykalnych. Nikt się do nich nie zbliża, umieraj? w pogardzie. A przecież ja byłem w gorszym położeniu: miałem wyj?ć przez komin, byłem przeznaczony na ?mierć, nie mogłem spacerować. Mój przyjaciel, kleryk Norbert Go?cieniecki, zachorował w obozie: dopadła go biegunka. I wtedy blokowy krzykn?ł: Wyrzućcie to ?cierwo na podwórko, bo cuchnie.
Modli się Ojciec do swych przyjaciół, którzy zostali błogosławionymi?
– Tak. Umierali na moich rękach. Często proszę ich o pomoc.
Wyl?dował Ojciec w Indiach, gdzie pracowała już Matka Teresa z Kalkuty. Jakie było Wasze pierwsze spotkanie?
– Pamiętam ?wietnie. Platforma kolejowa w naszej misji. Strasznie gor?co. Chyba z 47 stopni. Patrzę, a z daleka id? trzy siostry ubrane w sari. Umęczone upałem. Szybko kupiłem cold drink, chyba Coca-colę,i mówię jakiemu? chłopakowi: Biegnij, zanie? to siostrom. A on wraca z butelk? i mówi: Siostry nie chc?. Jak to? I wtedy jedna z nich podeszła i przedstawiała się: Matka Teresa. Dlaczego siostry nie pij? coli? Mamy regułę: nie przyjmujemy nic w czasie podróży. Zrozumiałem, dlaczego. Na platformie stało wielu biednych. Posłałbym im ten napój? Nie. A zakonnice potraktowałem lepiej niż biednych. Zawstydziłem się. Matka Teresa chciała żyć jak biedni. Trafiłem najpierw do plemienia Adibasów. To ludzie z pierwotnych szczepów. Okazali się bardzo wrażliwi na przyjęcie Jezusa. Nawracały się całe wioski. Wiele rozumieli. Zdumiała mnie kiedy? modlitwa wiernych na jednej Mszy. Było to w 1950 roku, w czasie peregrynacji Matki Boskiej Fatimskiej. Zebrało się aż trzydzie?ci tysięcy ludzi. Niektórzy szli nawet sto kilometrów. Adibasi podchodzili do mikrofonu, by gło?no się modlić. I zgadnij, o co prosili?
Jak znam życie, to o zdrowie i żywno?ć.
– Nie! Choć byli bardzo, bardzo biedni, prawie każda rodzina modliła się: Panie Boże, daj mojej rodzinie powołanie kapłańskie. To dopiero wiara! Nie prosili o to, by obrodziły pola, o wodę...
I Pan Bóg wysłuchał?
– Tak! Pracowało nas wtedy 28 misjonarzy. Wszyscy obcokrajowcy. Po pięćdziesięciu latach mieli?my już 137 kapłanów Hindusów! Dwóch moich uczniów zostało nawet biskupami. A dzi? jest ponad 150 kapłanów z Indii! I tylko ja jestem biały. Zostałem sam, rodzynek (?miech).
Duchowo?ci Wschodu stały się niesamowicie modne. Ludzie jeżdż? do Indii, szukaj?c religijnych inspiracji. W Polsce szaleje ruch Hare Kriszna, przedstawiaj?c się jako kwintesencja hinduizmu.
– A w Indiach nie wolno im nawet wej?ć do ?wi?tyni hinduskiej! Obok mnie stoi ?wi?tynia Dżagannathy, któr? codziennie odwiedza aż 10 tys. ludzi. I tam nie wpu?ci się ludzi z Hare Kriszna. Bo to sekta, kompletnie nieuznawana w Indiach.
Czy Hindusom łatwo mówi się o miło?ci Boga?
– Oj, nie. Oni maj? mnóstwo bogów, ale żaden z nich nie kocha. Nie znaj? Boga kochaj?cego. Ich bóg wymaga, trzeba go zadowolić ofiar? i rytualizmem. Mój znajomy nefrolog był wielkim ortodoksyjnym hinduist?. Rano i wieczorem szedł do ?wi?tyni. I kiedy? przychodzi do mnie i z błyskiem w oku opowiada: Ojcze, dzi? złożyłem specjaln? puja (ofiarę). Zapaliłem 1008 ?wiateł. Bardzo wykształcony człowiek. A ja pytam: A co byłoby gdyby zapalił pan 1007 ?wiateł? A on zmartwił się: Oj, to wszystko byłoby na nic. Wszystko na nic. Wtedy poczułem, czym jest chrze?cijaństwo. Oni chc? szczerze uczcić Boga, ale wystarczy, że się potkn?, zapomn?, przeocz? i klops. A mojemu Bogu nie s? potrzebne ?wiatełka, ale moje serce. Hindusi często nie potrafi? odpowiedzieć, dlaczego czyni? tyle rytuałów. My?lę, że oni id? do Boga bardzo, bardzo okrężn? drog?.
Udało mi się zbudować ko?ciół Matki Bożej tuż obok ?wi?tyni Dżagannathy. Ta ?wi?tynia nie jest dla nich żadn? konkurencj?. Oni kłaniaj? się nisko przed ?wi?tyni? Maryi. Naj?więtsza Panienka jest matk? Jezusa – jednego z wielu bóstw. Bardzo często podkre?laj?: zobacz, jacy jeste?my podobni. Ale nie mog? przyj?ć tego, że Bóg jest jeden, że stał się człowiekiem i że zdarzyło się to tylko raz. Ale chrze?cijaństwo zmienia Indie. Kiedy? jeden z wysokich urzędników hinduskich podszedł do mnie i powiedział: jeżeli nie staniemy się chrze?cijanami, nigdy nie będzie postępu. Bardzo zdumiało mnie to stwierdzenie, ale tak jest. Dlaczego oni nie pomagaj? trędowatym? Bo nie mog? się skalać prac? z kim? z kasty nietykalnych. On ma tak? karmę – mówi? – musi cierpieć. A nie musi cierpieć. Tr?d jest uleczalny, ale Hindusi… nie chc? się leczyć.
Dlaczego???
– Bo w Indiach kto?, kto zachoruje na tr?d ,traci przywileje kasty, staje się nietykalny, wykluczony z życia społecznego. I chory ukrywa jak najdłużej swoj? chorobę. Ale potem i tak przychodzi do nas. Tyle że w opłakanym stanie.
Kiedy? Matka Teresa pomagała na sali umieraj?cym, sprz?tała, owijała cuchn?ce rany. Ujrzał to jeden turysta i mówi: Ja nie pracowałbym tu nawet gdybym dostał 1000 dolarów. A ona na to: a ja nie pracowałabym nawet za 1000 tys. dolarów! Ja pracuję dla Pana Jezusa, a On powiedział: Cokolwiek uczynili?cie jednemu z najmniejszych... Ja jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus opiekował się mn?. Bo ja jestem taki Jezusowy żołnierz. Każe mi i?ć, to idę.
Czy miał Ojciec w Indiach realne do?wiadczenie Jego obecno?ci?
– Tak, kilka razy, choć nie opieram na tym swej wiary. Ale miałem takie chwile. Siedziałem przy umieraj?cej kobiecie. Była opuszczona, bo konaj?cych hindusi boj? się jak ognia, nie mog? się skalać dotykiem... Gładzę j? po głowie i opowiadam o miło?ci Boga, o niebie. I nagle ona zaczyna ?piewać: A ja czuję, jakby obok mnie na łóżku siedział Jezus. Tuż obok mnie.
Spotyka Ojciec w Indiach dwie Polki wpatrzone jak w obrazek w jakiego? guru. Co ojciec czuje?
– Mówię im, słuchajcie, gdyby?cie tak uczciwie szukały odpowiedzi w Polsce, jak to robicie w Indiach, znalazłyby?cie j? szybciej. Po co odcinać swe korzenie? Nie trzeba jechać do Indii czy Nepalu. Bóg jest tuż za rogiem. Ale napijmy się kawy, bo jak ostygnie, to już nie będzie taka dobra. Ostatnio odkryłem, dlaczego misjonarze s? tacy silni. Bo codziennie pijemy kawę (?miech). Gdy przyjechałem ponad pięćdziesi?t lat temu do Indii, nie mieli?my niestety kawy. Zasadziłem parę krzaczków, potem wyprażyłem ziarenka, ale to nie było to! Napijmy się. Tylko gor?ca jest dobra.
Marian Żelazek (ur. 30 stycznia 1918) – zakonnik, werbista. W czasie II wojny ?wiatowej wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Od 55 lat pracuje w Indiach. Od 1975 do dzi? niesie pomoc trędowatym w leprozorium w Puri (nad Zatok? Bengalsk?). W roku 2002 zgłoszony został jako polski kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla