Jana-Priya pisze:Po drugie, gdy studenci zarzucali mu, że nie żyje zgodnie z zasadami, o których uczy, odpowiedział:" - A czy drogowskaz porusza się w kierunku, który pokazuje?"
To brzmi niczym definicja
bona fide spekulanta umysłowego. Tak, drogowskaz nie porusza się, ale też i nie ma swojej katedry na uniwersytecie, i nie rości sobie prawa do kierowania ludzi na manowce, którymi jest bezużyteczna i niepraktyczna wiedza, propagowana przez osobę, która sama nie posiada wiary w jej przydatność. Drogowskaz nie pobiera także profesorskiej pensji i emerytury, nie będąc tym samym obciążeniem dla kieszeni podatników, którzy być może chcą wyznawać w życiu bardziej przydatne poglądy, żyć według nich i osiągać praktyczne i namacalne rezultaty.
Tego typu podejście do wiedzy nie prowadzi do
abhidheyi, czyli działania mającego przynieść nam
doświadczenie wyższego celu, kulminującego w
prayojanie. Kultywując niepraktyczną wiedzę, której jest sporo w dzisiejszej akademii, obracamy się tylko w sferze
sambandha-jnany, co oznacza, że utożsamiamy się z polem działania, a jeszcze bardziej to zawężając, z materialnym ciałem i umysłem.
Dlaczego więc tak wielu tzw. intelektualistów to robi, pomimo, że tego typu wiedza nie powoduje ekspansji świadomości poprzez jej praktyczne doświadczenie? A dlatego, że ich celem jest jedynie odbieranie trzygunowej przyjemności ze smaku pochodzącego wyłącznie z intelektualizowania na temat
prameya, czyli specyficznego obiektu wiedzy. Jeżeli dodatkowo można na tym zrobić karierę zawodową, zdobyć prestiż naukowy i utrzymanie, to tym lepiej, zgodnie z dewizą "Śmierć frajerom!".
Patrząc na to z tego punktu widzenia, taki "filozof" nie kultywuje więc "bramińskiej"
jnany, ale zwykłą wikłającą go w
samsarę "śudrowską"
karmę, gdyż celem jest zaledwie, pochodząca z umysłu subtelna przyjemność zmysłowa, która leży w materialnym
ksetra, będącym aspektem
sambandhy. W ten sposób, będąc święcie przekonanym, że posiada istotną egzystencjalną wiedzę, stawia on siebie na bardziej ryzykownej i upadłej pozycji, niż żujący w średnim tempie hot-doga i rzucający przy tym butelką w kierunku sędziego, przeciętny kibic Legii W-wa, który nie ma zielonego pojęcia o intelektualizowaniu i zadawaniu egzystencjalnych pytań, po czym odpowiadaniu na nie w sposób, który nie ma absolutnie żadnej praktycznej życiowej wartości, oprócz bycia przyczyną własnej iluzji, że aby poznać od podszewki świat, należy jedynie stać się najwyższym autorytetem dla siebie samego.
Nie wiem zbyt dużo na temat Tatarkiewicza, i dlatego moja dygresja ma charakter ogólny, a nie personalny.